Przyjrzyjmy się teraz Irakowi, ponad 20 lat po wojnie amerykańsko-irackiej. Irak pozostaje państwem autorytarnym rządzonym przez partie polityczne mające głębokie powiązania instytucjonalne z Teheranem. Wspierane przez Iran bojówki działają otwarcie na ziemi irackiej, a część z nich zajmuje oficjalne stanowiska w państwie irackim.
Kraj, na którego przebudowę Stany Zjednoczone wydały 2 biliony dolarów i życie 4488 Amerykanów, znajduje się, pod każdym rozsądnym względem, w strefie wpływów Iranu.
Jako badacz bezpieczeństwa międzynarodowego, specjalizujący się w bezpieczeństwie nuklearnym i polityce sojuszniczej na Bliskim Wschodzie, w wielu przypadkach podążałem za wzorcem amerykańskich sukcesów militarnych.
Jednak wynik militarny i polityczny prawie nigdy nie są takie same, a różnica między nimi polega na tym, że wojny kończą się niepowodzeniem.
Dwa i pół tysiąca lat temu Tukidydes w swojej „Historii wojny peloponeskiej” opisał moment największego zaufania do imperium ateńskiego: „Silni robią, co mogą, a słabi cierpią, co muszą”. Następnie Ateny zniszczyły Melos i rozpoczęły Ekspedycję Sycylijską z przytłaczającą siłą i bez spójnej teorii rządu na przyszłość.
Lekcja zarówno wtedy, jak i teraz nie jest taka, że imperia nie mogą niszczyć. Rzecz w tym, że zniszczenie i zarządzanie to zupełnie różne przedsięwzięcia. A dezorientacja wynika z wyczerpania imperiów.
Armia USA może zniszczyć irański reżim. Pytanie, na które iracki precedens odpowiada – z brutalną jasnością – brzmi: co wypełnia próżnię władzy, kiedy tak się dzieje?
Rozkaz 1 rozwiązał rządzącą Partię Baas i usunął wszystkich starszych członków partii ze stanowisk rządowych, usuwając klasę administracyjną, która kierowała jej ministerstwami, szpitalami i szkołami. Rozkaz 2 rozwiązał armię iracką, ale jej nie rozbroił. Około 400 000 żołnierzy wróciło do domu z bronią i bez pensji.
Waszyngton właśnie przekazał powstańcowi – zbrojnemu ruchowi oporu dowodzonemu przez sunnitów, który miał przerodzić się w wojnę trwającą dekadę – swoją pulę rekrutacyjną. Logika stojąca za de-Baathifikacją Bremera była intuicyjna: nie można zbudować nowego Iraku z ludźmi, którzy zbudowali stary. Logika też była katastrofalna.
L. Paul Bremer przygotowuje się do wejścia na pokład helikoptera w Hillah w Iraku podczas pożegnalnego tournée po kraju 17 czerwca 2004 r. AP Photo/Wathiq Khuzaie
Politolodzy od dawna obserwują, że kraje spaja nie ideologia, ale zorganizowany przymus. To znaczy przez machinę biurokratyczną, pamięć instytucjonalną i wyszkolonych specjalistów, którzy pilnują, aby światło i woda leciały. Zniszcz tę maszynerię, a nie będziesz mieć czystego konta. Mamy upadłe państwo, a upadłe państwa nie są pozostawione bez przywództwa.
Są zapełniane i zapełniane przez każdego, kto ma największe zdolności organizacyjne w terenie. Iran budował tę zdolność w Iraku od lat 80. XX w., kultywując szyickie sieci polityczne, partie na wygnaniu i grupy bojówek podczas wojny iracko-irańskiej i po niej, a także później, mając wyraźny cel zapewnienia, że Irak po Saddamie nigdy więcej nie zagrozi bezpieczeństwu Iranu.
Teheran nie musiał budować infrastruktury w Iraku po inwazji USA, ponieważ spędził na jej budowę ostatnie dwie dekady. Kiedy upadł stary porządek, sieci Iranu były gotowe.
Opozycja, którą Stany Zjednoczone kultywowały w Iraku – Ahmed Chalabi i Iracki Kongres Narodowy – miała ucho Waszyngtonu, ale nie irackiego elektoratu. Nie rządzili krajem ani nie budowali w nim sieci.
Lekcja jest taka, że sukces militarny stworzył dokładne warunki do katastrofy politycznej i że w tej otchłani umarła amerykańska strategia: w Iraku i Libii, gdzie administracja Obamy pomogła doprowadzić do zmiany reżimu w 2011 r., ale gdzie od tego czasu utrzymuje się niestabilność polityczna. A może teraz w Iranie.
Próżnia nie jest neutralna.
Podstawowym nieporozumieniem leżącym u podstaw amerykańskiej strategii zmiany reżimu jest założenie, że zniszczenie istniejącego porządku tworzy przestrzeń dla czegoś lepszego.
To nie tak.
Stwórz przestrzeń dla każdego, kto jest lepiej zorganizowany, lepiej uzbrojony i chętniej ją zajmuje. W Iraku był to Iran.
Pytanie teraz brzmi, kto go wypełnia w samym Iranie.
W Iranie grupą spełniającą wszystkie trzy kryteria – zorganizowaną, uzbrojoną i chętną – jest Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Gwardia Rewolucyjna to nie tylko instytucja wojskowa. Kontroluje około 30–40% irańskiej gospodarki i zarządza konglomeratami budowlanymi, firmami telekomunikacyjnymi i petrochemicznymi. I od dziesięcioleci kultywuje równoległą infrastrukturę państwową.
Sukcesja to potwierdziła: Mojtaba Chamenei, głęboko powiązany z Gwardią Rewolucyjną, został 8 marca 2026 r. mianowany najwyższym przywódcą. Jest to sukcesja dynastyczna wspierana przez Gwardię Rewolucyjną, która reprezentuje maksymalną ciągłość ze starym reżimem, a nie zmianę reżimu.
Gwardii Rewolucyjnej nie można rozmontować bez załamania gospodarki, a załamanie gospodarki nie tworzy rządu przejściowego; powoduje stan niepowodzenia. Waszyngton przeprowadził już ten eksperyment w Libii.
Gwardii Rewolucyjnej nie można pozostawić na miejscu bez pozostawienia nienaruszonego rdzenia reżimu opartego na przymusie. Nie ma czystej opcji chirurgicznej, która obejmowałaby zrzucenie bomb, zabicie określonych osób i ogłoszenie nowego dnia w Iranie.
Irańska opozycja na wygnaniu, Mujahedeen-e-Khalq; monarchiści popierający powrót syna zmarłego szacha na stanowisko przywódcy kraju; a różne frakcje demokratyczne przedstawiają ten sam problem, który przedstawił Chalabi w 2003 roku: dostęp do Waszyngtonu, brak wewnętrznej legitymizacji.
Żołnierze Gwardii Rewolucyjnej maszerują podczas demonstracji wojskowej w Teheranie, 10 stycznia 2025 r. Morteza Nikoubazl/NurPhoto via Getty Images
Mujahedeen-e-Khalq znajduje się na liście organizacji terrorystycznej Iranu i cieszy się powszechną pogardą w kraju. Ruch monarchistyczny nie rządzi Iranem od 1979 r., a jego skorumpowany i despotyczny przywódca został obalony w wyniku rewolucji. Amerykańskie ataki nie oszczędziły sieci reform demokratycznych, które nabierały rozpędu w Iranie. Reżim stłumił ten ruch już w styczniu, aresztując i zabijając tysiące ludzi.
Dziesięciolecia badań nad skutkami protestów flagowych potwierdzają to, co podpowiada zdrowy rozsądek: ataki zewnętrzne łączą reżim i naród, nawet jeśli obywatele gardzą swoimi przywódcami. Irańczycy, którzy skandowali przeciwko najwyższemu przywódcy, widzą teraz zagraniczne bomby spadające na ich miasta.
W 2003 r. Irak liczył 25 milionów ludzi, armię zdegradowaną przez 12 lat sankcji i brak aktywnego programu nuklearnego. Iran ma 92 miliony ludzi, sieci proxy, które nie znikną, jeśli Teheran upadnie (w rzeczywistości by się aktywowały), oraz zapasy ponad 880 funtów wysoko wzbogaconego uranu, których Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej nie była w stanie w pełni uwzględnić od ataków USA i Izraela w 2025 r.
Pytanie, na które Waszyngton nie odpowiedział
Kto rządzi 92 milionami Irańczyków?
Prezydent Donald Trump powiedział, że ktokolwiek rządzi Iranem, musi uzyskać zgodę Waszyngtonu. Ale weto to nie wizja.
Zatwierdzenie lub odrzucenie kandydatów z Waszyngtonu wymaga funkcjonującego procesu politycznego, legalnej władzy przejściowej i społeczeństwa chcącego zaakceptować amerykańskie imprimatur dla swojego przywództwa, którego żadne nie istnieje.
Waszyngton ma pierwszeństwo; On nie ma planu. Jeżeli celem jest wyeliminowanie programu nuklearnego, to dlaczego Iran osiem miesięcy po atakach w 2025 r. nadal posiada niezweryfikowane zapasy uranu nadającego się do wykorzystania w broni? Strajki nie rozwiązały problemu proliferacji. Sprawili, że jest bardziej niebezpieczny i trudniejszy do opanowania.
Jeśli celem jest stabilność regionalna, dlaczego każda runda ataków powoduje szerszą wojnę regionalną?
Waszyngton nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań: ma jedynie teorię zniszczenia.
Farah N. Jan, starszy wykładowca stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Pensylwanii
Ten artykuł został ponownie opublikowany w The Conversation na licencji Creative Commons. Przeczytaj oryginalny artykuł.
![]()

